Więźniowie z Opola Lubelskiego nie udają innych niż są, nie serwują nam sentymentalnych opowieści o tym, jakie nieszczęścia zaprowadziły ich za kraty, kiedy nie muszą, to też nie męczą się z Szekspirowską frazą i mówią swoim językiem, od siebie, z ironią i dystansem opisując swoją sytuację.

(…) Lewicka dokonała oczywiście pewnych zmian i skrótów w tekście komedii Szekspira, ale zachowała wszystkie najważniejsze wątki i postaci. Ateny zamieniła na więzienie, w wykonanej za pomocą osadzonych scenografii dominują więc kraty, prycze i zielone drelichy, a rzemieślnicy więźniowie, zamiast o scenicznym sukcesie swej “najżałośniejszej komedii”, myślą jedynie o tym, jak wykorzystać całe zamieszanie do tego, by uciec na wolność. Chropawość ról odtwarzanych przez amatorów reżyserka umiejętnie uzupełniła postaciami granymi przez doświadczonych aktorów. Na uwagę zasługuje między innymi Katarzyna Tadeusz, która jako szara i nijaka, ale jednocześnie szalenie zdeterminowana Helena, znakomicie ogrywa Demetriusza i Lizandra, czy Angelika Kujawiak – wszędobylski Puk, mistrz ceremonii i pełen erotycznego uroku chochlik w jednym.

To on wprawia w ruch sceniczną maszynę, zrywa do tańca lub usypia bohaterów. Aktorzy w czasie, gdy nie grają, kredą rysują obrazki na ścianach więzienia. Choć na scenie ze zrozumiałych względów króluje przede wszystkim karykatura, to pojawiają się momenty, gdy przedstawienie traci swą jednoznaczność. Tak się dzieje w momencie, kiedy pojawia się tajemnicza postać w stroju przypominającym słonia prowadząca za rękę chłopca z trupią maską na twarzy i choć reżyserka nie rozwija na scenie tego wątku, to poczucie, że pod tą pozornie błahą historyjką o miłości i czarach kryje się jakiś mrok, pozostaje.

To, co czyni jednak ten spektakl wyjątkowym, to przede wszystkim udział w nim “ofiar resocjalizacji”. Więźniowie z Opola Lubelskiego nie udają innych niż są, nie serwują nam sentymentalnych opowieści o tym, jakie nieszczęścia zaprowadziły ich za kraty, kiedy nie muszą, to też nie męczą się z Szekspirowską frazą i mówią swoim językiem, od siebie, z ironią i dystansem opisując swoją sytuację. W więzieniu oczywiście znaleźli się więc przypadkiem i przez nieporozumienie, a największa ich wina to zdemolowanie za pomocą roweru marki Wigry radiowozu.

I widzowie, i oni wiedzą jednak, że nie są aniołami, ale właśnie jako nieanioły mówią do nas w finale, żeby kiedyś, gdy wyjdą już na wolność, popatrzeć na nich tak, jak dziś patrzy się na nich stojących na scenie. Nie chodzi tu o podziw i brawa, ale o to, co jest esencją teatru – kontakt człowieka z człowiekiem. (…)

Jarosław Cymerman
Gazeta Wyborcza