Losy szalonej Stryjeńskiej stają się w spektaklu Lewickiej czymś więcej niż tylko barwną obyczajową anegdotą z minionego wieku
[…] Lewicka avoids obvious associations which usually haunt Zofia Stryjenska. […] The torn, seemingly chaotic narrative [of the performance] perfectly captures the heroine’s anxieties: her longing for intimacy and the happiness of family life, always at odds with her readiness to sacrifice traditional family values on the altar of Art.
In the background of this personal story, there is great history. Stryjenska – although seemingly an egocentric artist detached from the political world – becomes a symbol of common 20th century experiences in the microscale of an individual life. […] And even the contemporary viewers of the 21st century can easily identify themselves with the heroine in constant pursuit of money, clients, benefits, and additionally in constant travels, forever unrooted, as a pole in Olga Tokarczuk’s novels.
This current dimension is emphasized by the language of the performance, which owes a lot to the painter’s original vocabulary and word plays – surprisingly close even to today’s abuse of English language ([mixing English and Polish words and pronunciations]). Also the score composed by Christoph Coburger is close to the contemporary tastes: free from typical associations conditioned by Polish folk culture, the German composer focused above all on how to use the sound layer to illustrate the heroine’s stream of consciousness, especially her mood swings, without referring kujawiak or oberek.
[…] From impressionist scenes, half-sentences, film snapshots emerges a portrait of the passionate, dancing Zofia – an artist who could not compromise nor fit into the schemes, who failed any attempt to reconcile career with motherhood, who suffered the humiliation of betrayal, a Polish woman seeking her place in Europe, running away from the homeland but missing it before even crossing the border. […]
When, in the finale, Landowska put a colorful wreath on her head, grabbed her hips and sang a pure and emotional folk song, the first and only in the whole performance – one of the ladies sitting next to me sighed: “Yes, that’s about me …“. One needs nothing else to confirm that in Lewicka’s performance the fate of Stryjeńska becomes something more than just a colorful moral anecdote from the past century.
***
[…] [T]wórczynie unikają oczywistych skojarzeń związanych z ich bohaterką. […] narracja znakomicie oddaje stale obecny w życiu Stryjeńskiej niepokój, jej tęsknotę za bliskością, rodziną, swojskością, przy jednoczesnym ciągłym odrzucaniu tego wszystkiego i składaniu tych wartości na ołtarzu sztuki.
W tle tej opowieści dzieje się wielka historia. Stryjeńska – choć na pozór jest odwróconą od świata, skupioną na sobie artystką – staje się symbolem doświadczenia XX wieku w mikroskali jednostkowego życia. […] Współczesny widz z początku XXI wieku łatwo może się odnaleźć w jej stałej pogoni za zamówieniami, kredytami, zasiłkami, a także w nieustannym podróżowaniu, poczuciu niezakorzenienia. […]
Ten aktualny wymiar podkreśla język przedstawienia, który dużo zawdzięcza oryginalnemu słownictwu i gierkom językowym samej malarki – zadziwiająco bliskim chociażby dzisiejszemu nadużywaniu anglicyzmów (na przykład rok 1936 podsumowywała stwierdzeniem „Sytuejszyn zaczyna być groźna”). Podobnie współcześnie brzmi muzyka skomponowana przez Christopha Coburgera, który, nieobarczony skojarzeniami łączącymi Stryjeńską z polską kulturą ludową, skupił się przede wszystkim na tym, by jak najlepiej przy pomocy warstwy brzmieniowej zilustrować przemiany stanu ducha bohaterki, nie odwołując się do nasuwających się w oczywisty sposób na myśl melodii kujawiaka czy oberka.
[…] Z ułamków scen, urwanych w pół zdań, filmowych migawek wyłania się portret szalonej, tańczącej Zofii – artystki, która nie potrafiła iść na kompromisy i nie mieściła się w schematach, próbowała rozpaczliwie pogodzić karierę z macierzyństwem, doświadczała losu zdradzanej żony i kochanki, Polki szukającej swego miejsca w Europie, uciekającej z kraju i jednocześnie za nim tęskniącej. […]
Gdy w finale Landowska wkłada na głowę kolorowy wianek, chwyta się za biodra, wyśpiewuje czysto i emocjonalnie piosenkę ludową – pierwszą i jedyną w całym spektaklu – jednej z pań siedzących obok mnie wyrwało się westchnienie: „Tak, to o mnie…”. Trudno o lepsze potwierdzenie, że losy szalonej Stryjeńskiej stają się w spektaklu Lewickiej czymś więcej niż tylko barwną obyczajową anegdotą z minionego wieku.