Spektakl ideologicznie nieuwikłany, wolny od drastyczności i wyświechtanej krytyki patriarchalnego ładu

“Zrealizowana w ramach projektu „Lublin jest kobietą” Vulva Joanny Lewickiej to spektakl ideologicznie nieuwikłany, wolny od drastyczności i wyświechtanej krytyki patriarchalnego ładu. Za to bardzo kobiecy. Mocny tytuł i znak graficzny (czarno-biały rysunek przedstawiający sylwetkę nagiej kobiety zjeżdżającej po ostrzu brzytwy) zapowiada spektakl brutalny, może nawet zaangażowany w bieżącą obyczajowo-polityczną przepychankę. Tymczasem przedstawienie zrealizowane przez Joannę Lewicką (…) pozostawia po sobie zupełnie inny ślad – dotyka ono świata (a raczej światów) za pośrednictwem kobiecej wrażliwości, społeczne treści kryjąc za tym, co intymne.

Twórcy przedstawienia zaanektowali niemal całą powierzchnię lubelskiej Galerii Labirynt, w skrajnych punktach umieścili cztery kobiece postaci i ich prywatne przestrzenie. Przy drzwiach widzów wita Jarosław Tomica w roli Bełzy – jedynego mężczyzny w spektaklu, przewodnika, komentatora, wokół którego ogniskują się uczucia czwórki kobiet. Po kolei prowadzi widzów do poszczególnych bohaterek, przedstawia je, mówi, jak je poznał i za co je kocha. W oczywisty sposób kojarzyć się może on z legendarnymi uwodzicielami, jak Don Juan czy Casanova, sama reżyserka przyznaje się do inspiracji Osiem i pół Federica Felliniego. Tym samym Lewicka w prosty i czytelny sposób wprowadza nas w świat swoich postaci, zgrabnie charakteryzując je przy pomocy stroju i miejsc, z którymi wydają się organicznie związane.

[…] Lewicka pozwala widzom przyjmować dowolną perspektywę oglądania spektaklu. To, czego nie mogą obejrzeć, pokazuje w postaci projekcji wideo. Zbliżając i oddalając perspektywę, dokonuje psychologicznej wiwisekcji swoich bohaterek. Jedynie Bełza nie zostaje jej poddany, nie znamy jego motywacji, mężczyzna nie przeżywa autentycznie, swoje uczucia deklaruje, skrywając się za tajemniczym uśmiechem. Jarosław Tomica, aktor o silnej i wyrazistej scenicznej osobowości, został przez reżyserkę sprowadzony do swego rodzaju fantomu, będącego wyłącznie katalizatorem zdarzeń – niemal nie gra, wita się z publicznością, wprowadza w świat czwórki kobiet, by później dyskretnie się wycofać.

[…] To jednak nie ta, w sumie nieco melodramatyczna, historia stanowi sedno tego spektaklu, wydaje się nawet, że to właśnie ona stanowi jego najsłabsze ogniwo. Bardziej interesująca jest gra perspektywą, krzyżowanie przez Lewicką spojrzeń aktorów i widzów, pozwalające na zbudowanie dużo ciekawszej narracji niż ta, która wynika z przytoczonej wyżej fabuły. Początkowo jej osią jest Bełza – to on organizuje i reżyseruje przestrzeń, zarówno tę dosłowną, sceniczną, jak i tę metaforyczną, w której żyją jego kobiety. Bełza-reżyser przypomina nieco Marcella Mastroianniego ze wspomnianego Osiem i pół, podobnie jak i tamten tworzy dzieło nie do końca udane i przemyślane, tyle tylko, że w przeciwieństwie do filmu Felliniego bohater Vulvy nie obnaża samego siebie, lecz te cztery kobiety, i korzystając (trochę wampirycznie) z ich wrażliwości, tworzy „spektakl”, zaspokajający jego własne ego. Dopiero śmierć mężczyzny pozwala na wyzwolenie tego, co w tych postaciach jest prawdziwe, pozwala zdemaskować kolejne „teatrzyki życia codziennego”, które sobie (raczej gorzej niż lepiej) skleciły.

Opisana wyżej postawa reżysera rodem z filmu Felliniego, szukającego nowego otwarcia, próbującego przełamać schematy, zarówno te narzucane z zewnątrz, jak i własne, wydaje się być bliska również samej Lewickiej. Pracująca w Polsce i w Niemczech reżyserka bardzo dobrze radzi sobie w przedsięwzięciach poruszających się na granicy teatru – co widać było chociażby w Śnie nocy letniej według Szekspira, zrealizowanym z udziałem więźniów z Aresztu Śledczego w Opolu Lubelskim, czy w prześmiewczym obrazku z życia lubelskiego prekariatu Przygaszeni. Przeżyj to sam, granym w niewielkiej galerii w jednym z mieszkań na Starym Mieście w Lublinie. Pracując nad Vulvą w ramach projektu „Lublin jest kobietą” (którego uczestniczki tworząc artystyczną instalację, sprawdzały, na sobie i odbiorcach, jak przebiegają granice pomiędzy tym, co publiczne i zewnętrzne, a tym, co intymne i prywatne), potrafiła zrobić spektakl ideologicznie nieuwikłany, wolny od drastyczności i mocno już wyświechtanej krytyki patriarchalnego ładu, za to bardzo kobiecy – w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Jarosław Cymerman
TEATR